Lori Lansens “Opowieść żony” (Joanna Wawryczuk)
Lori Lansens "Opowieść żony"
wyd. W.A.B.
Joanna Wawryczuk
Mam chorobę lokomocyjną w autobusach. Patrzenie w autokarze na jakiś tekst dłużej niż przez kilka sekund powoduje szaleństwo mojego błędnika, zieloność na twarzy i wszelkie inne objawy, znane stałym użytkownikom awjomarinu.
Ale jakiś czas temu, po raz pierwszy w życiu, czytałam książkę przez całą podróż z Wrocławia do miasta rodzinnego. Nawet oszalały błędnik skapitulował wobec uroku tej pozycji.
Co to za książka? „Opowieść żony” autorstwa Lori Lansens.
Główna bohaterka, Mary, jest niezwykle… gruba. Ale jej mąż taką ją akceptuje. Jeśli delikatnie daje do zrozumienia, że mogłaby się o siebie zatroszczyć, to tylko dlatego, żeby sama poczuła się dobrze we własnym ciele. Bo Mary męczy się sama ze sobą. Często ma wrażenie, że nie kontroluje swojego życia, a kieruje nią Tłustoń – bestia w niej mieszkająca, która każe jej objadać się do granic możliwości. Coraz bardziej oddala się od męża. Wiecznie się krytykuje i nie wierzy, że Gooch może naprawdę ją kochać.
W przeddzień dwudziestej piątej rocznicy ślubu jej Gooch znika, zostawiając 25 tysięcy dolarów i list o tym, że „musi się zastanowić”. Szok. Świat Mary wywraca się do góry nogami. Po wyjściu z kilkudniowego amoku kobieta podejmuje decyzję – opuszcza dom, rzuca pracę i wyrusza w poszukiwaniu męża. Co wcale nie jest łatwe dla kobiety ważącej prawie 150 kilogramów.
Mary wpada w wir kolejnych „przypadków” i zbiegów okoliczności. Nagle przestaje martwić się takimi drobiazgami jak utrata pieniędzy czy kradzież samochodu.
Przy okazji zaprzyjaźnia się z młodą matką zdziczałych trojaczków, zyskuje sympatię kilku Meksykanów oraz dowiaduje się wiele o rodzinie swojego męża. A nawet bliżej zaznajamia się z teściową, która nawet jako emerytka nie stroni od nowych znajomości z mężczyznami.
Lori Lansens ma wiele ciepła i zrozumienia dla swojej bohaterki, a jednocześnie czyni jej życie bardzo ludzkim. Dostało się trochę Goochowi, którego ucieczka wyraźnie ukazana jest jako wyraz tchórzostwa. Paradoksalnie odejście Goocha to najgorsza i najlepsza rzecz, jaka się przydarzyła Mary – największe cierpienie ale i bodziec do działania i prawdziwej przemiany. Intrygujące w „Opowieści żony” jest właśnie to, że nic nie jest jednoznacznie czarne lub białe. Okazuje się, że zmartwienia można właściwie mieć bez powodu, a z drugiej strony – wiele korzyści może przynieść np. posiadanie tasiemca.
Nie jest to książka, która zagłębia się w filozofię i psychologię tak, że aż nurkuje z pradawnymi stworami z rowu mariańskiego. Problemy i przemyślenia przedstawione są z perspektywy bohaterki, przeciętnej kobiety, która stara się na swój sposób zrozumieć świat i jakoś siebie w nim umieścić.
Powoli poznajemy Mary jako całkiem inteligentną i pogodną kobietę. Obawiałam się, że będzie to kucharczana opowiastka, gdzie piękni i młodzi czekają tylko na swoje hepiendy. „Opowieść żony” okazała się jednak być lekką, ale bardzo przyjemną i ciepłą lekturą, którą pochłania się równie prędko, jak czekoladowe muffiny.
