Tadeusz Konwicki „W pośpiechu” (Kamila Pawłowska)
Tadeusz Konwicki „W pośpiechu”
wyd. Czarne
Kamila Pawłowska
Tadeusz Konwicki się spieszy. Nie, nigdzie nie biega, nie załatwia nic na szybko. Spieszy się intelektualnie. Nie jest łatwo rozmawiać z człowiekiem, który przemierzył setki kilometrów w partyzantce, przeżył wojnę i obracał się wśród klasyków polskiej sceny artystycznej. Trzeba mieć takt, wyczucie i klasę, aby pytać w odpowiedni sposób, nie urazić, nie być wścibskim. Jednocześnie ciągnąć za język, myśląc o tym, czego chciałby dowiedzieć się czytelnik. Tego wszystkiego dokonał Przemysław Kaniecki w wywiadzie rzece z wybitnym prozaikiem i reżyserem, Tadeuszem Konwickim.
Przez kilka miesięcy Przemysław Kaniecki odwiedzał Tadeusza Konwickiego w jego domu w centrum Warszawy. Przy szklance whiskey, wśród papierosowego dymu nagrywał przemyślenia i wywody artysty. Począwszy od dzieciństwa na wileńszczyźnie, wspólnego kawałka nieba, w które kilkadziesiąt lat wcześniej spoglądał Mickiewicz, poprzez wojnę, literackie fascynacje, socrealizm i miłość do matki natury. O tym wszystkim opowiada Konwicki, nie do końca wierząc, że dla kogoś to może być ciekawe. Często powtarza, że jest nieśmiały i wstydliwy, w związku z czym o pewnych rzeczach mówić mu nie wypada. Prawdziwy dżentelmen. Kokietuje, że niby jest taki nieciekawy. Dba o to, aby nie powiedzieć ani jednego złego słowa na kogokolwiek, kogo spotkał na swej życiowej ścieżce. Nie chce dzielić się wszystkim, zachowuje cząstkę intymności tylko dla siebie. Ale robi to w taki sposób, że czytelnik pozostaje zaspokojony.
Wywiad wciąga i pobudza wyobraźnię. Bo oto stary człowiek, co wydawać by się mogło przeżył już najlepsze i najgorsze chwile, niczym dziadek siada w fotelu, odpala papierosa i opowiada.. Momentami czułam się, jakbym siedziała w kącie i przysłuchiwała się rozmowie Kanieckiego z Konwickim.
„W pośpiechu” to rozmowy filozoficzne. Podane w sposób bardzo przystępny i przyziemny. Język zachwyca – choć prosty, to ujmujący – ale w końcu to odpowiedzi literata. Czytając da się odczuć sympatię między panami. I choć czasem Konwicki droczy się z Kanieckim nazywając go „szanownym panem doktorem”, podczas gdy on sam podjął studia, ale nigdy ich nie ukończył, po kilku minutach poprawia się mówiąc „Przemeczku kochany” i zachęca do zadawania pytań.
Z pewnością łatwiej zrozumieją Konwickiego ci, którzy spotkali się z jego twórczością. Ale to świetna lektura dla wszystkich. Konwicki daje rady, które warto wykorzystać. Nie wprost – ale można je wyczytać z jego życiowych refleksji.
