Maria Ulatowska “Sosnowe dziedzictwo” (Joanna Wawryczuk)

Maria Ulatowska "Sosnowe dziedzictwo"

wyd. Próśzyński i S-ka

Joanna Wawryczuk

 

 

Zanim dostałam tę książkę do recenzji, miałam wyrobione o niej zdanie. A to dzięki fragmentom, dostępnym wcześniej w Internecie. Recenzję miałam w głowie prawie ułożoną. I pełno w niej było określeń, typu „kucharczana powieść”, „dla kobiet o dojrzałości dwunastolatki” i innych, raczej o zabarwieniu pejoratywnym.

 

Teraz jednak, po lekturze całości śmiało mogę powiedzieć, że się pozytywnie rozczarowałam. Ale zanim wyjaśnię, dlaczego – trzeba wspomnieć o szeregu wad.

 

„Sosnowe dziedzictwo” Marii Ulatowskiej jest bardzo miłą i delikatną książką o młodej kobiecie, oczywiście pięknej i pełnej zalet, która dziedziczy dworek w małym miasteczku. Na dodatek z okolicznym laskiem i jeziorem. Od lat nikt do posiadłości nie zaglądał, po IIWŚ jeszcze zdążyło mieć w niej swoją siedzibę przedszkole pegeerowskie, a po nim już tylko spokojne popadanie w ruinę.

 

I nagle – odnajdują się dokumenty, wychodzi na jaw rodzinna tajemnica i Anna opuszcza Warszawę, by zostać pełnoprawną dziedziczką. Ludzie w nowym miejscu są dla niej szalenie uprzejmi, z miejsca zawiązują się przyjaźnie i wszyscy wesoło co rusz popijają kawusię i jedzą świeżutkie śniadanka.

 

Ta wszechobecna, odrealniona słodycz trochę męczy, tak jak milusie, poprawne dialogi. I fakt, że wszystkie problemy, to co najwyżej problemiki, które przy pomocy przyjaźni i uczynności znikają, jak ręką odjął. Czasami można odnieść wrażenie, że autorka wychowała się gdzieś poza codziennością i że nie ma umiejętności obserwacji rzeczywistości. Mam świadomość, że taki zarzut z ust kobiety o połowę młodszej od autorki, może być bezczelny. Jednak naprawdę ciężko wzdychałam, gdy kolejna osoba z „Sosnowego dziedzictwa” okazywała się sierotą lub spadkobiercą, co znacznie jej ułatwiało życie. A już naprawdę kartki furkotały od ciężkiego wzdychania, gdy Anna Towiańska, główna bohaterka, wykonuje w miesiąc kompletny remont dworku – przypominam – niszczejącego od IIWŚ. I to tylko dzięki wymieceniu kurzu przez gosposię, wykonaniu stolarki i kafelek tu i ówdzie oraz kupieniu nowych mebelków. Skoro to takie łatwe, dlaczego od lat niszczeją tego typu domy w całej Polsce?

 

Ale, nie ma się co czepiać, bo najwyraźniej nie o realizm chodzi. Mam wrażenie, że książka Marii Ulatowskiej to spisane marzenie. To tęsknota za miejscem, w którym nie ma zbyt wielu trosk i gdzie wszyscy ludzie są potencjalnymi przyjaciółmi. Mimo że tę historię można między tęcze, kucyki i watę cukrową włożyć, twierdzę, że ta pozycja nie jest zła. Zła to może być zupa z szyszek, agresja dresiarza w ciemnej uliczce czy saga o wampirach. Ta książka jest po prostu bajeczką, odrealnioną, miłą historią, którą można spokojnie przeczytać w jeden wieczór, opatulając się w kocyk i dzierżąc kakao w ręku.
 

 


statu4