O północy w Paryżu (Midnight In Paris, USA 2011), reż. Woody Allen (Marcin Gliński)

Kiedy dziewięć lat temu oglądałem przy prawie pustej widowni „Klątwę skorpiona”, nigdy nie sądziłem, że Woody Allen kiedyś znów będzie modny (o ile kiedykolwiek był modny). Dzisiaj jego filmy wyświetlane są w dużych salach multipleksów i przychodzą na nie głównie ludzie przed trzydziestką. Nie byłoby w tym nic dziwnego, w końcu każdy artysta ma lepsze i gorsze momenty, gdyby nie to, że filmy Allena są od ponad dwudziestu lat niemal takie same. Owszem, zdarzają się niewielkie eksperymenty, zmiany nastroju, przenoszenie akcji w czasie, ale główny pomysł na opowiadanie historii pozostaje ten sam. Dostajemy jak zwykle głównego bohatera dziwaka i neurotyka wyjętego żywcem z wczesnych skeczy Woody’ego Allena, kilku całkiem normalnych ludzi z jego najbliższego otoczenia, jakąś pokręconą fabułę lub intrygę kryminalną i całą masę scen, które w każdym innym scenariuszu uznane zostałyby za zbyt słabe, aby wejść do produkcji. I jak prawie zawsze połączenie tych elementów u Allena sprawdza się znakomicie, chociaż żadnego z filmów nakręconych przez komika z Manhattanu nie można uznać za wybitny.

 

Pomysł na fabułę „Midnight in Paris”  jest niezwykle prosty. Początkujący pisarz przyjeżdża ze swoją narzeczoną do Paryża przy okazji służbowego wyjazdu swoich przyszłych teściów, a ponieważ nie odpowiada mu obecność przypadkowo spotkanego pedantycznego znajomego narzeczonej, który wyjątkowo go irytuje, postanawia opuścić towarzystwo i pospacerować nocą po deszczowym mieście miłości. W ten sposób przez przypadek znajduje drogę do Paryża lat dwudziestych, gdzie spotyka prawie wszystkich wielkich artystów tamtych czasów (Hemingwaya, Picassa, Salvadora Dali, Gertrudę Stain, Cole’a Portera i wielu innych) i gdzie poznaje kochankę Picassa i Hemingwaya – Adrianę. Wraca do tego świata co wieczór, znane osobistości pomagają mu dokończyć i ulepszyć debiutancką powieść, a przy okazji otwierają mu oczy na to, co się dzieje w rzeczywistym świecie. Po ostatecznym powrocie do teraźniejszości Gil rozstaje się z narzeczoną i postanawia na stałe osiąść w Paryżu. I ot, cała historia.

 

Tym razem w alter ego reżysera wciela się Owen Wilson, który najwyraźniej przed zagraniem tej roli obejrzał większość dorobku Allena. Jednym może podobać się to, że stara się jak najbardziej upodobnić ruchami i sposobem mówienia do bohaterów starych filmów Woody’ego, mi to udawanie w pewnym momencie się jednak trochę przejadło. Niemniej jednak Wilson prezentuje się w tej produkcji dużo lepiej niż w innych rolach, z których go kojarzymy.

 

Jak zwykle u Allena nie można narzekać na brak dobrych aktorów. Bardzo przyjemnie ogląda się Rachel McAdams (narzeczona Gila Inez) i Marion Cotillard (Adriana), a genialnymi dodatkami są epizody Adriena Brody’ego (Dali), Kathy Bates (Stein) i Corey’a Stolla (Hemingway).

 

Być może Woody Allen jest ciągle taki sam, a moda na niego wynika tylko z zagrywek marketingowców. A może paradoksalnie z tych samych składników i tego samego przepisu wychodzą coraz to lepsze filmy? Mam nadzieję, że ci, którzy wybiorą się na „O północy w Paryżu”, dojdą do tego drugiego wniosku.

 

Marcin Gliński


statu4